Mała Zuzia wędruje przez stary las i trafia nad Leśny Staw. Wśród trzcin błyska coś złotego, a z wody dobiega śmiech, którego nie da się zapomnieć.
Za wielką wioską, gdzie mieszkali dziadek Boruta i babcia Jagoda, rozciągał się stary zielony las. Pachniał mchem, żywicą i wilgotną ziemią. Drzewa stały tam tak blisko siebie, jakby coś szeptały tylko do własnych gałęzi. Zuzia lubiła tu przychodzić, bo w lesie zawsze działo się coś cichego, dziwnego i trochę magicznego.
Tego dnia słońce padało przez liście w jasnych plamkach, a ścieżka prowadziła ją prosto ku Leśnemu Stawowi. Zuzia usłyszała nagle cichutkie chlup, jakby ktoś dotknął wody palcem. Przystanęła. Przy brzegu leżał patyk, który błyszczał jak srebro, choć przed chwilą był zwyczajny. W ciemnej toni coś zamigotało na złoto.
Zuzia pochyliła się bliżej. W odbiciu stawu zobaczyła nie tylko swoje oczy, lecz także maleńką koronę, drżącą na powierzchni wody. I wtedy z szuwarów dobiegł ją dźwięk podobny do śmiechu dzwoneczków.
Zuzia wstrzymała oddech. Ktoś był bardzo blisko. Kto mieszkał w głębi Leśnego Stawu?